Resident Evil 5

   Wiele jest gier wybitnych, wiele jest gier dobrych. Podobnie ma się rzecz z wielkimi seriami, o których kolejne pokolenia Graczy pamiętają, wspominając po dziś dzień lub kpią z nich przez kolejne lata. Seria za którą stoi genialny Shinji Mikami, od zawsze pasowała jak ulał do tego pierwszego szablonu. W roku 2009 Capcom wypluwa na systemy nowej generacji (pomijając Nintendo Wii) kolejną, piątą już odsłonę serii Resident Evil. Pamiętacie pierwszego 32-bitowego zombiaka, mega klimatyczny komisariat, ucieczki przez kilka kolejnych pomieszczeń przed Nemesisem, ciasne przedziały nie do końca normalnego pociągu, czy wreszcie hiszpańską wioskę rządzoną przez miejscową ewidentnie pomyloną ludność? No to jesteśmy w domu.

   Akcja piątego Residenta rzuca nas do Afryki, a dokładniej do miasteczka Kijuju. Jak na miejscowość umiejscowioną na Czarnym Lądzie, upał panujący tam jest wręcz namacalny, a sugestywnie oddane realia owych terenów tylko potęgują klimat. A mówiąc już dokładnie o samej fabule, która przecież od zawsze była w mniejszym lub większym stopniu bolączką serii, tym razem nie jest inaczej. Chris przybywa do Afryki, tym razem działając nie, jako członek elitarnej jednostki S.T.A.R.S., lecz z ramienia B.S.A.A, w celu zbadania tajemniczych eksperymentów z bronią biologiczną prowadzonych w Kijuju. Do pomocy zostaje mu przydzielona miejscowa, długonoga, bardzo zgrabna szatynka o niezwykle wydatnych ustach. khem.. zostaje mu przydzielona miejscowa agentka Sheva Alomar, której rodzice walcząc przeciw miejscowym tyranom, ponieśli śmierć. Obaj stanowią bardzo zgrany duet, nieźle uzupełniający się w akcji. Pisząc jeszcze o założeniach misji, nie mogę nie wspomnieć, że tak naprawdę w pewnym momencie akcja zaczyna mieć dla Chrisa drugie dno, który wpada na trop dawnego wielkiego wroga, a także pewnej bardzo ważnej dla niego kobiety.. Więcej nie zdradzę, podsumowując wspomnę tylko, że fabuła jest wybitnie „residentowa” z mnóstwem naciąganych dialogów, nielichych absurdów w zachowaniu bohaterów, mimo to jednak wybija się nieco poziomem ponad to, co zaserwowano nam przy okazji Resident Evil 4.


Resident Evil 5 – screeny (kliknij, by powiększyć)

   Bardzo dyskusyjnym i spornym elementem RE5 była mechanika rozgrywki. Muszę wspomnieć o tym już na samym początku, gdyż jest to kluczowa sprawa dla gameplayu. Jednym (w dużej mierze fanom serii, tudzież mniej wymagającym Graczom) system sterowania, pewne niuanse i ograniczenia, jakie niesie za sobą rozgrywka przypadnie do gustu i będą rozpływać się nad nowym Residentem nad wyraz. Drugim z kolei (malkontentom, ludziom bez „residentowej” przeszłości, tudzież po prostu Graczom z odmienną wizją gry) owa mechanika nie podejdzie. A o co tak właściwie chodzi? Już tłumaczę. Przede wszystkim należy wspomnieć o poruszaniu się. Otóż wzorem wszystkim poprzednich części RE, tak i w „piątce” w momencie oddawania strzałów, nie możemy ruszać postacią. W praktyce wygląda to po prostu tak, że albo biegamy, albo strzelamy. Koniec kropka. Ta druga grupa Graczy w tym momencie popuka się w czoło, przyklejając RE5 łatkę „archaicznej”, z kolei ci pierwsi łykną owy feature i nie będą mieli żadnych problemów z przystosowaniem się do gry.

   Druga, ważna sprawa to typowo „residentowe” ograniczenia, które nawet fanów będą potrafiły solidnie zdenerwować. A chodzi mi tutaj o niemożność wyskoczenia przez okno, którego użycia nie przewidzieli dla nas programiści, podobnie rzecz ma się z brakiem możliwości wchodzenia na przeróżne kładki, podesty, podwyższenia, jeśli tylko.. tak, tak, jeśli tylko programiści nie oddali nam takiej możliwości do dyspozycji. Zamykając temat braków w mechanice gry, dorzucić należy jeszcze 2 rzeczy. Po pierwsze bardzo denerwujące niewidoczne ściany tj. brak dostępu nawet do miejsc, w których nie stoi żadna przeszkoda, a blokuje nas, no właśnie niewidzialna ściana. A po drugie, z jednej strony dobrze pomyślane i zorganizowane menu, z drugiej jednak nie zawsze funkcjonujące tak jak powinno. Często musimy żonglować przedmiotami, wymieniając je z Shevą, po to by zmieścić w kieszeni paczkę naboi lub inny malutki drobiazg.

   Wszystkie te rzeczy z dwóch poprzednich akapitów, po prostu irytują. I usprawiedliwienie tych niedoróbek jako, jak to już nazwałem „residentowe smaczki” jest według mnie zupełnie nie na miejscu! Nie w grze, która wyprodukowana została na potężne konsole obecnej generacji, przez speców wyspecjalizowanych w swojej robocie od lat! I już na pewno nie w obecnych czasach, gdy od obecnych gier wymaga się coraz więcej swobody i ukłonów w stronę realizmu. A szukanie drabiny, mimo iż tuż pod nosem mamy stertę podestów, które doprowadzą nas do pożądanego celu, uważam za najlepsze podsumowanie. Koniec kropka, zamykam ten temat, stawiając przy nim duży znaczek „minus”.


Resident Evil 5 – screeny (kliknij, by powiększyć)

   Resident Evil 5 to według mnie jednak naprawdę dobra pozycja. Czas więc wymienić kilka pozytywów, które zaobserwowałem w trakcie rozgrywki. Po pierwsze pochwalić muszę dość kontrowersyjną decyzję, o wprowadzeniu do głównego scenariusza, ba! na oparciu głównego scenariusza o kooperację z drugą postacią kierowaną przez konsolę, kumpla siedzącego obok (split screen) czy osobnika z drugiej strony świata (XBL). Mimo, iż nieco nadszarpnęło to nieco klimat przedzierania się samemu przez kolejne mroczne lokacje, na rzecz często radosnej jatki z wieloma przeciwnikami naraz, uważam to posunięcie za bardzo dobre. A strata w postaci zdeptanego nieco klimatu, to wg mnie dość nietrafne stwierdzenie, gdyż klimat horroru, walki o przeżycie, zaszczucia, przeminął wraz z RE2. Wracając więc do kooperacji, to wypada ona świetnie. Sheva kierowana przez konsolę postępuje bardzo mądrze, prowadząc inteligentną wymianę ognia, ratując apteczkami, czy sygnalizując w porę niedobór amunicji. Nasza towarzyszka ma według mnie całkiem dużo oleju w głowie i często pomaga znacząco w przeprawie przez kolejne atrakcje, nieznacznie się gubiąc bądź nie nadążając w pewnych momentach, jednak takie rzeczy mają miejsce bardzo sporadycznie. Ogólnie mówiąc za kooperacje panowie z Capcom mają u mnie duży plus, bardzo pozytywnie wpłynęło to na odświeżenie w gameplayu. Liftingowi uległ także image Chrisa. Jeśli pamiętasz niepozornego chłopka z remake’u pierwszego Residenta na GC, dobrze wiesz, o czym teraz prawię. Nasz bohater zyskał nieco tkanki tłuszczowej, jego łapy są standardowej wielkości jak u innych twardzieli świata gier wideo, czy filmów. Zostając już przy wykonaniu i wrażeniach wizualnych, nie sposób nie wspomnieć o niesamowicie wysokim poziomie graficznym. W tej kwestii nowy RE stawia poprzeczkę innym tytułom bardzo wysoko. Mamy do czynienia po pierwsze z bardzo szerokim wachlarzem miejscówek, które podczas swojej przygody odwiedzimy, zaczynając od ulic afrykańskiego miasteczka, przez jaskinie, jeziora, laboratoria, magazyny, statki, a i to jeszcze nie wszystko! Design poszczególnych miejscówek jest kapitalnie pomyślany, wzorowy bump-mapping, a także świetna gra świateł urzekają! Naprawdę warto czasem zatrzymać się na chwilkę by popodziwiać uroki miejscówek, i piękne widoki, które nam one nierzadko oferują. Cudo.

   W nowym RE ma miejsce kilka mniej lub bardziej spektakularnych powrotów. Począwszy od dwóch postaci, o których wspomniałem gdzieś wyżej, aż po jeden, ale jakże miły powrót w bestariuszu. Oprócz standardu dla serii, tj. przeciwników w postaci zarażonych różnym ustrojstwem ludzi, również w wersji z piłą mechaniczną i z torbą na głowie, pająków, ptaszydeł, obowiązkowo mutujących kilkakrotnie maszkar, aż po lickery. No właśnie – lickery. Pamiętasz słynną scenkę z powoli łażącym po suficie lickerem w komisariacie (RE2)? Jeśli tak to wiesz, o jakim typie przeciwników tutaj mówię, jeśli nie, to czekają Cię kolejne, jakże miłe pojedynki, drogi Czytelniku:) A co do normalnego „mięsa armatniego”, to trzeba oddać twórcom z jednej strony brawa za inwencję, gdyż czarnoskórzy mieszkańcy Kijuju prezentują się bardzo wiarygodnie jak na zarażonych wirusem opętańców. Tłum zachowuje się bardzo podobnie jak w RE4 i trzeba powiedzieć, że ich rola została świetnie oddana. Wspomniałem już o RE4. No właśnie. Główny grzech Resident Evil 5 to według mnie właśnie zbyt duże oparcie gry o poprzednią odsłonę co bardzo naprawdę widać już nawet grając w demo. Postacie są animowane bardzo podobnie, dość powiedzieć, że mają bardzo wiele tych samych animacji po otrzymanych kilku kulkach, tudzież atakując. Skalkowane są na żywca koncepty miejscówek. Wyobraź sobie moje zdziwienie gry wtargnąłem do obozowiska jak żywego przypominające to z RE4 (miejscówka z dwoma kobietami z piłami atakującymi równocześnie) Nie podoba mi się dość bardzo ten element i za zrobienie RE5 na baaardzo mało zmienionym (właściwie tylko podciągniętym kosmetycznie z kilkoma oczywistymi przebudowami) szkielecie gry z części poprzedniej, Capcom ma u mnie dużego minusa.


Resident Evil 5 – screeny (kliknij, by powiększyć)

   Co jeszcze dodać, aby przedstawić obraz RE5 jak najlepiej.? W zasadzie wystarczy tutaj wspomnieć, że to w końcu Resident Evil. Z jednej strony schematyczny, ograniczony, o przytępawej momentami fabule i zasadach rządzącymi światem („szukałem Cię przez cały czas, miałaś już nawet nie żyć, a teraz Cię odnalazłem, no ale cóż. Muszę iść dalej ratować świat, uważaj na siebie, cześć!”) Ale z drugiej strony to kapitalna, napakowana akcją przygodówka. Tak, tak… określanie nowego RE mianem survival-horroru, już od około trzeciej części serii przestało mieć sens.

   Aby podsumować więc mój wywód, posłużę się pewnym porównaniem. Jeśli Resident Evil 5 oceniać przez pryzmat gry przygodowej, z dużą dozą strzelania, wspinania się po platformach, rozwiązywania paru zagadek i opierającej się w dużej mierze na elementach zręcznościowych (QTE!), mamy przed sobą naprawdę kozacką grę, która bez problemu odstawia daleko inne tego typu pozycje. Jeśli jednak patrzysz na RE5, jako na kontynuację wielkiej sagi, na kolejną część, na którą czeka się latami, kolejno ogrywając dawne gry z serii, i oczekujesz tutaj połączenia klimatu RE, jego największych zalet wraz z rzeczami, które powinien zawierać w sobie hit na miarę obecnych gier z tego gatunku, to możesz mocno się rozczarować. Ja, który uważam się za umiarkowanie-dużego fana serii (RE1-RE4 zaliczone) nieco się rozczarowałem. Rozczarowałem się, bo zaliczam się do tego drugiego grona osób, dla których każda kolejna, pełnoprawna część RE to wielkie wydarzenie. I tak jak również to napisałem, mimo to nie uważam Resident Evil 5 za złą grę. Po prostu rzemieślnicza robota, kolejna cegiełka w murze serii, ot co.
 

  TYTUŁ GRY:
   Resident Evil 5

PRODUCENT:
  Capcom

WYDAWCA:
  Capcom

GATUNEK:
  Gra akcji

DATY PREMIERY:
  Xbox 360
– 05.03.2009 (Japonia)
– 13.03.2009 (USA)
– 13.03.2009 (Europa)

Data dodania: 1 kwietnia 2010Autor: Aem


Copyright by EmuSite Team; 2006-2020
Design by Patryk M. (patro)

All rights reserved.

statystyka