Metal Gear

   Powroty do przeszłości bywają ciężkie. Odkrycie na nowo starych tytułów, które swoją premierę miały w 1987 roku, to coś mitycznego. Warto tutaj dodać, ze frustracja nie opiera się głównie na słabej grywalności czy pikselowej grafice. Gry na starą konsolę NES (Famicom lub naszą krajową podróbkę Pegasusa) nadal potrafią doprowadzić nasze nerwy do granic wytrzymałości. Załamanie rąk murowane, a to wszystko przez grę Metal Gear. Zapraszam na antyreckę.

   Na początek trzeba to powiedzieć. Metal Gear to gra świetna i naprawdę wciągająca, dająca masę rozrywki i wypełniona akcją po brzegi. Podczas grania w nią trzeba myśleć… No właśnie, zacznijmy narzekanie od tego momentu. Przez całą grę musisz myśleć. Nie jest to jedna z typowych odmóżdżających gier, w jakie przyjdzie wam grać na Pegasusie. Tutaj masz zadanie do wykonania i brak mapy. Żadnych konkretnych informacji, tylko od czasu do czasu szczątkowe zdania. Pierwszym poważnym problemem tej gry jest wcześniej wspomniany brak mapy. Nie wiadomo, gdzie się jest, nie wiadomo, gdzie masz się udać. Wszędzie zamknięte drzwi i ciężarówki, które nie wiadomo gdzie cię wywiozą. Dopiero po dobrych paru godzinach jesteś w stanie ogarnąć to wszystko (wracamy do myślenia) i mniej więcej wiedzieć, gdzie trzeba się udać, by uratować kolejnego zakładnika. Warto też zapamiętać, gdzie znajdują się apteczki oraz naboje do naszej broni, bo często podczas okrążania wrogiej bazy (po raz trzeci) będziemy musieli uzupełnić nasze zapasy. Ogromnym minusem oraz udręką dla gracza jest system wyboru przedmiotu. Nieraz stałem pod drzwiami dłuższą chwilę i przełączałem karty dostępy, by sprawdzić, czy mogę wejść do danego pomieszczenia. A gdy się udało i w kolejnym pomieszczeniu podszedłem do kolejnych drzwi, co musiałem zrobić? Tak, znów grzebać w menu i wybierać po kolei pieprzone karty. Bardzo to irytujące, gdy masz na karku włączony alarm i zewsząd zaczynają wybiegać strzelający do ciebie strażnicy. A szczytem absurdu jest moment, gdy wchodzisz do pokoju, gdzie jest gaz. I tracisz bardzo szybko życie lub z braku słabego refleksu po prostu giniesz. I co musisz wtedy zrobić? Otworzyć menu i wybrać z niego maskę gazową. A gdy już przejdziemy całe pomieszczenie i dojdziemy do drzwi wyjściowych, co musimy zrobić? Tak, moi drodzy, musimy wejść do menu i wybrać odpowiednia kartę, która pozwoli nam wyjść z pomieszczenia pełnego trującego gazu, co oczywiście zawsze kończy się utratą pewnej ilości życia. Na nasze szczęści, w grze nie ma tych momentów zbyt dużo, przynajmniej na początku gry, ale pod koniec jest to już swego rodzaju standard.

   Kolejnym hitem są ukryte przejścia, które można odsłonić tylko poprzez uderzenie w nie pięścią. Pierwszy raz musisz użyć tej techniki podczas ucieczki z celi, do której dobrowolnie dajesz się złapać. Gdy już uciekniesz z celi, wszystko idzie gładko, aż do momentu gdy trafiasz pod koniec gry do ostatniego budynku, jeśli oczywiście trafisz o tym za chwilę. W tym budynku jest masa ukrytych drzwi i bez stukania po wszystkich ścianach dookoła, nie będziesz w stanie ich znaleźć. Nikt do cholery ci dokładnie nie mówi, gdzie masz pójść i uderzyć. I jak idiota chodzisz tam i z powrotem, stukając każdy kąt. Ja niestety nie miałem tak dużo cierpliwości, by samemu szukać wyjścia z tej sytuacji. Problem dla gracza (w tym wypadku mnie) pojawił się po zdobyciu siódmej karty. Nagle się zawiesiłem i chodziłem kilka razy w kółko szukając cudu. Cud niestety znalazłem na YouTubie. Najpierw zatrzymały mnie jedne niewidzialne drzwi, a później odnalezienie rakietnicy oraz kompasu. Skąd miałem, kurna, wiedzieć, że w pustych pomieszczeniach może się coś znajdować. Tak, tam coś jest. Jeśli traficie na puste pomieszczenie, w którym jeszcze nie byliście, to znaczy, ze trzeba wyjść z niego i pogadać przez komunikator z jedną babką, która nam zostawia wyżej wymienione przedmioty. I wchodzi z powrotem do pokoju i mamy rakietnice. Teraz możemy bez problemu rozpieprzyć bez problemu kolejnych bossów. Skąd to mam, kurwa, wiedzieć. No i sztuczka z kompasem. Mając go, możesz przejść przez pustynię, pełną jadowitych skorpionów, które gdy cię ukąszą, to bez antidotum nie przeżyjesz. Kompas pozwoli nam także znaleźć ukrytą bazę. Możemy do niej trafić, ale jak? Ja się pytam jak? Znów YouTube i okazuje się, że musisz na jednej planszy w buszu wykonać odpowiednią kombinację wchodzenia z odpowiedniej ścieżki. Dodam że jest ich pięć. Tak więc podpowiem. Od planszy ze skorpionami wchodzimy w lewo i wychodzimy w magicznym buszu w prawym dolnym rogu. Teraz musimy iść do dolnej lewej ścieżki, przenosi nas znów z prawej strony i znów w dolną lewą ścieżkę. Tym razem pojawiamy się na dolnej ścieżce i kierujemy się do górnej. Teraz wyrzuci nas znów na dolnej i kierujemy się znów dolną lewą ścieżką i pojawia się magiczny dźwięk. Tadam – znaleźliśmy tajna bazę. Jak zwykły gracz, taki jak ja, mógł to kiedykolwiek w swoim życiu odkryć? Nie mógłby, proste. Gdybym grał w tę grę jako mały szkrab, to bym się chyba popłakał lub przełączył na Contrę.

   Kolejny element, który zaskoczył mnie wielokrotnie podczas gry i wkurzył, to pułapki. Tak, ziemia pod naszym bohaterem rozstępuje się i koniec. Autorzy gry po prostu zrobili sobie w pewnych miejscach z graczy żarty. Dosłownie. Nawet Big Boss mówi nam w komunikatorze, najpierw skorzystaj z drzwi po lewej. Wchodzisz na pewniaka, a tam pułapka i you are dead. Niektóre pułapki zostały umieszczone w takich miejscach, by nie dać ci możliwości ucieczki. Szczególnie jeden garaż pod koniec gry jest niemożliwy do przejścia. Pułapka na pułapce, przykryta pułapką z posypką pułapkową. I znów YouTube, kilkakrotne ginięcie i powrót do początku gry. Ano właśnie zapomniałem o tym. Zawsze gdy giniemy, to wracamy do miejsca zrzutu z początku gry i musimy drałować do miejsca, gdzie zginęliśmy. Chyba że nasz bohater awansuje na kolejny poziom gwiazdki, to wtedy pojawiamy się w pierwszym budynku lub innym miejscu. Co nie zmienia faktu, że trzeba biegusiem dotruchtać do miejsca, gdzie się skończyło, a znalezienie tego miejsca jest czasami niemożliwe. Chyba, że poziom myślenia macie także po upgradzie i znacie już rozmieszczenie budynków oraz pomieszczeń. No zawsze możecie sobie to wszystko rozrysować i strzałkami zaznaczyć, jeśli wejdziesz tutaj, to pojawimy się tutaj. Takie retro gaming. Coś dla hardcorów.

   Sama gra, jak już mówiłem, jest super i warto w nią zagrać, a zobaczenie napisu końcowego nawet z YouTubem, jest satysfakcjonujące. Sam początek gry nawet dla tak doświadczonego gracza jak, ja dał w kość. Wszystko do momentu, gdy zdobędziesz pistolet, wtedy gra staje się zbyt łatwa. Walki z bossami są zróżnicowane pod względem podejścia do nich, ale także pod względem trudności. Niekiedy wystarczy stanąć tylko w odpowiednim miejscu, cały czas strzelać i boss sam ci się nacina na pociski. Nic, czego nie da się przejść, korzystając z pistoletu czy miny lub wyrzutni granatów czy rakiet.

   Trudno jest podsumować grę Metal Gear, gdyż jest to bardzo dobra strzelanka z elementami skradania i prawdziwy fundament kolejnych gier, jak Metal Gear Solid i wiele innych tytułów. Ale patrząc od trudności jakie sprawia graczowi, to koszmar ośmiu bitów. Solidna produkcja, która zniechęca gracza na każdym kroku i wraz z zdobyciem kolejnej karty. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. I nie jest. Gracze z masochistycznymi popędami znajdą tutaj masę przyjemności. Ocena to pięć ukrytych drzwi odkrytych twardą pięścią, na pięć pojawiających się znikąd pułapek i zabierających nas do krainy wiecznych snów. Czyli gra dla prawdziwych masochistów, którzy nie wiedzą co to YouTube lub mają zbyt dużo godności by z niego skorzystać. W skrócie, pierwotny Metal Gear to koszmar.

Data dodania: 6 lipca 2014Autor: hongi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Copyright by EmuSite Team; 2006-2017
Design by Patryk M. (patro)

All rights reserved.

statystyka