ClayFighter: The Sculptor’s Cut

   Amerykański Interplay jest całkiem dobrze znany. Producent ten debiutował już na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Jednak swoją sławę firma zapewniła sobie tytułami na SNES, możemy wymienić na przykład Another World, Rock ‚N Roll Racing, czy też ClayFighter. Niestety nie poprawiło to za bardzo budżetu. Nawet w późniejszych czasach, gdy firma wydała na świat Fallout i Baldur’s Gate, nie uchroniło jej to przed bankructwem w 2004 roku. Widać po grach, że producent chciał być wszechstronny w gatunkach. Chciał zaskarbić sobie każdego gracza. Niestety dużo było takich przeciętnych gier. Nie dawało to zbawienia dla firmy. Próbowano również robić nowsze wersje starych dobrze sprzedających się gier. Takim przykładem może nam posłużyć ClayFighter: The Sculptor’s Cut. Całkiem popularna bijatyka na SNES, ukazała się w 1998 roku na Nintendo 64. Opiszemy ją w tej recenzji.

   Gra jest bardzo oryginalna. Pewnie ten aspekt spowodował, że zaczęto się nią interesować. Co w niej takiego jest? To jest bijatyka pokazana zupełnie z innej perspektywy. Regułą było to, że taka typowa bijatyka ma być straszna i krwawa. Tutaj mamy dla odmiany humor i mnóstwo śmiechu. Jedynym brutalnym akcentem jest sama walka, jednak i ona nie została pozbawiona humoru. Mam takie przeczucie, że autorzy taką produkcją liczyli na sympatię ze strony dzieci. Piosenka i odpowiedni klimat tak sugerują. Ja z kolei jestem przeciwny temu, by najmłodsi zaczęli grać w tego typu gry. To jednak czegoś może dziecko nauczyć. Z reguły jest to brutalność, która niestety pomimo fajnej atmosfery istnieje. Myślę, że gracz od 7 lat w górę może dopiero zagrać w ClayFighter. To było na tyle jeśli chodzi o ogólny wstęp. Zajmijmy się rozpatrywaniem bardziej szczegółowym.


ClayFighter: The Sculptor’s Cut – screeny (kliknij, by powiększyć)

   Na początku wspomniałem, że gra jest nieco inną bijatyką od pozostałych. Można to zauważyć nawet przy samym jej włączeniu. Zamiast głównego menu, pokazuje nam się ciekawe intro ze śmieszną rymowaną piosenką. Śmiało możemy to porównać do jakiejś zwariowanej bajki o potworkach i szalonym naukowcu. Jeżeli nam się nie chce tego słuchać i oglądać, to klikamy byle jaki przycisk, by przejść do menu. Tam jest sprawa jasno postawiona. Są trzy opcje wyboru. Start Game, VS Mode i Options. Czy tego chcemy czy nie, to nie ma więcej opcji gry. Nie ma wszelkiego rodzaju turniejów z ćwierćfinałami, półfinałami itp. Jest tylko standardowa walka dwóch postaci z poziomą linią życia. Opcje, czyli trzeci tryb w głównym menu jest całkiem dobrze wyposażony. Znajdują się tam ustawienia poziomu trudności, głośności muzyki i FX, włączenie lub wyłączenie zegara (podczas walki) oraz naprawdę wiele innych (czasem niepotrzebnych) opcji. Jeżeli sobie już odpowiednio ustawiliśmy jak ma wyglądać walka, to zaczynamy grać. Przechodzimy teraz do analizy gry podczas akcji.


ClayFighter: The Sculptor’s Cut – screeny (kliknij, by powiększyć)

   Czy to wybierzemy VS Mode czy grę solo, walka będzie taka sama, czyli śmieszna. Na początku wybieramy sobie postać, którą będziemy walczyć. Patrząc na nie, to nie widać cienia powagi. Wszyscy są pozytywnie zakręceni i mają zabójcze ksywki. Niektóre mogą też być znanymi postaciami tylko odpowiednio przedstawionymi w krzywym zwierciadle. Takim małym przykładem może nam posłużyć Lady Liberty przedstawiająca statuę wolności. W wypadku gdy nie możemy się zdecydować kogo wybrać, na szczęście mamy losowanie (czyli wybieranie w trybie Random). Jak już mamy swoją postać, to zaczynamy cała zabawę! Lokacje są równie przedziwne jak sami przeciwnicy, od zaśnieżonego zamku w górach, po dom zabaw, czy pracownię świętego Mikołaja. Nie robi to jednak wielkiej różnicy w walce. Każde pole walki jest podzielone na dwie części. Pierwsza to ta oficjalna, gdzie się zaczyna walkę, a druga jest dostępna wtedy kiedy my sami do niej wskoczymy lub przeciwnik nas odpowiednio znokautuje. Może to wygląda na jakieś „urozmaicenie gry”, ale to raczej znikome. Po co komu zmiana tła? No cóż, graficy się tylko bardziej namęczyli i gra waży więcej. Żadnego z tego pożytku praktycznie nie ma. Zostawmy jednak ten wątek i omówmy ostatni temat – walkę. Jest ona (jak już mówiłem) bezkrwawa i prawie pozbawiona przemocy. Wszelkiego rodzaju ciosy zostały tak pokazane, by wyglądały jak najłagodniej i najśmieszniej. To samo się tyczy „super ciosów”. Mimo wszystko radzę o ostrożność. W życiu codziennym właśnie przy takiego gatunku bijatykach jest wiele przedziwnych przypadków pobicia lub czasem śmierci. To było tak na marginesie napisane. Wróćmy do samej walki. Jak wcześniej napisałem, to są tutaj „super tricki”. Najczęściej są to kombosy. Każde uderzenie kombosu jest dokładnie policzone. Gdy skończymy ukazuje się nam statystyka, ile ciosów oddaliśmy oraz ich ocena. Niby to nic nowego w mordobiciach. Ale ich liczba jest całkiem niezła. Sam się doliczyłem do siedmiu. Po małych przemyśleniach rodzi się pytanie: po co to jest? Odpowiedź jest prosta. Niektórzy gracze po prostu chcą uzyskać jak największą ilość. Można tak konkurować między sobą a kumplami (kto zdoła uzbierać więcej ciosów). To jest całkiem błaha rzecz, ale właśnie do tego została stworzona. To chyba by było na tyle. Przejdźmy do oceny grafiki i muzyki.


ClayFighter: The Sculptor’s Cut – screeny (kliknij, by powiększyć)

   Grafika jest bardzo dobra. Ma się takie wrażenie, jakby postacie były ulepione z plasteliny. Pokazano to już przy części na SNES, ale to i tak wciąż zadziwia. Bardzo fajna animacja. Kolorki jednak są jakby szare. W moim odczuciu może tu chodziło o wyrobienie klimatu. Za szatę mogę całkiem dużą ocenę postawić. Myślę, że 8/10 będzie w sam raz.

   Muzyka jest bardzo żywa i śmieszna, jednak jak na bijatykę, to wcale nie pasuje. W tym wypadku jednak jest to całkiem zrozumiały krok. Wraz z wokalem tworzy się taka mała bajka, która wprawia nas w dobry humor i nawet częściowo zapominamy o celu tej gry. Jeśli chodzi o dźwięki, to skoncentruję się właśnie na samym wokalu. Lektorzy postarali się, aby było oczywiście śmiesznie. Udało im się to. Ja sam czasami się śmiałem z kilku rzeczy. To jest niebywały plus w dziedzinie udźwiękowienia.

   Ogólnie rzecz biorąc, to gra jest całkiem w porządku. Dobrze, że jest możliwość manewrowania trudności. Jest pięć poziomów, co pozwoli na stopniowe szkolenie i poznawanie tej bijatyki. Tak powinno być w każdej produkcji. Niestety nie wiadomo dlaczego inni producenci czasem nie dodają tego wcale. Najlepsza akcja jest, gdy oczywiście wejdziemy na wyższe schody. Rywal wtedy walczy tak zacięcie, jakbyś grał z kumplem o sprawę honoru. Niestety po paru takich sesjach gra się nudzi. Trzeba potem czasu, by kolejny raz sobie przy niej usiąść. Nie piszę jednak tego, że to kicha. To całkiem dobra gierka z klimatem, jednak widziałem lepsze i bardziej pomysłowe bijatyki. Oryginalność przykrywa lekko tą monotonię walki. Nigdy wcześniej nie widziałem takiej podobnej gry. Ja podchodzę do niej z sympatią, lecz ograniczoną. Nie ubawiłem się po pachy grając w nią.
P.S. Uwielbiam gdy lektor krzyczy: „LET’S GET READY TO CRUMBLE!”

 

  TYTUŁ GRY:
   ClayFighter: The Sculptor’s Cut

PRODUCENT:
  Interplay

WYDAWCA:
  Interplay

GATUNEK:
  Bijatyka

DATY PREMIERY:
  Nintendo 64
– 01.05.1998 (USA)

Data dodania: 17 lipca 2006Autor: Vanderlajsky


Copyright by EmuSite Team; 2006-2020
Design by Patryk M. (patro)

All rights reserved.

statystyka