Saturday Night Slam Masters

   Firma Capcom Kenza Tsujimoto, to nie lada interes. Od 1979 do dzisiejszego dnia japoński producent trzyma w swoim skarbcu około 52 bilionów Jenów. Każdy z nas przynajmniej raz w życiu musiał w coś zagrać z ich stajni. Niewątpliwie ważnym krokiem ku podboju świata gier było wydawanie bijatyk ze znanymi i lubianymi bohaterami z komiksów Marvela. Oczywiście nie można też zapomnieć o Megamanie czy wszystkim Street Fighterom, którzy osiągneli równie wielką sławę jak postacie zza oceanu. Robiono także inne – mniej huczne produkcje. Głównie pojawiały się na Super Nintendo jak i na automatach Capcom Play System. To są takie gry jak: „Cadillacs and Dinosaurs” czy „Saturday Night Slam Masters”. W tej recenzji opiszę właśnie tą drugą grę.


Saturday Night Slam Masters – screeny (kliknij, by powiększyć)

   Czym jest ta gra? Odpowiedź nie jest raczej zaskakująca. To bijatyka, tyle że na ringu. Wrestling jest odpowiednią formą nazwania tego mordobicia. Tego typu gry nie były w ogóle wydawane przez Capcom, dlatego ta gra jest chyba jedyna w swoim rodzaju. Mamy tutaj wszystkie walory typowego wrestlingu. W przyszłości robiono kolejne części tej bijatyki, lecz usuwano to najważniejsze – styl walki. Taką przykładową grą jest Ring of Destruction promowaną przez system CPS-2. Jedyne co pozostało z pierwszej części to…postacie. Walka została radykalnie zmieniona. Zostawmy jednak inne wersje i skoncentrujmy się na tej z CPS-1. Gra oferuje nam zabawę w cztery osoby oraz wybór dwóch opcji bicia. Pierwszy tryb to Single Match a drugi to Team Battle Royal. Mamy tutaj starcie jeden na jeden albo dwóch na dwóch. Tyle opcji powinno wystarczyć jak na wrestling. W grze mamy dwa cele: pierwszy to dokopać przeciwnikowi, drugi to zdobyć jak najwięcej punktów po wygranej walce. We dwóch można jedynie grać przez drugi tryb. W grze Single gdy jeden gracz wygra, dla drugiego to już jest niestety koniec. Nie radzę grać w ten tryb na automatach, bo to dla kogoś jedynie strata żetonu. Przegrałeś, nie grasz, a kolega ciągle gra. To nie fair! :). Po zwycięstwie nasz kolega ma za zadanie wywalczyć jak największą ilość punktów i zdobyć jak najwyższą pozycję na liście. Każda walka jest odbywana w innym miejscu na świecie. Miasta to są zarazem rodzinne strony Twojego przeciwnika. Mamy tutaj np. Los Angeles, Meksyk, Tokio, Sydney, Nowy Jork, Moskwę czy Londyn. Śmieszny jest fakt, że wrestlingowcy nie biją się w swoich ojczyznach. Bijatyki mają to do siebie, że bijesz się na terenie przeciwnika. Tutaj jest lekki mix – nie wiem dlaczego. Postaci jest dostatecznie dużo, bo aż dziesięciu. Taka liczba osób nie powinna zrazić nikogo. Każdy wrestler ma oczywiście swój niepowtarzalny styl walki oraz image. Podawany jest również ich wzrost i waga co oczywiście ma wpływ na ringu. Przejdźmy może teraz do najważniejszej części gry – walki. Każde spotkanie rozpoczyna się efektownymi laserami, dymem oraz światłami reflektorów. Potem mamy już tylko bijatykę do upadłego. Od technicznej strony jest tutaj nieciekawie. Możemy od razu zapomnieć o opracowaniu różnych technik pokonania naszego rywala. Warunki Twojego powodzenia czy porażki dyktuje los. Trzeba mieć nie lada szczęście by wykonać jakiś efektowny przerzut czy kombos. By zrobić jakieś cudo musimy najpierw odpowiednio przechytrzyć naszego rywala, a potem dopiero przy użyciu jakiejś strzałki i przycisku możemy coś „utworzyć”. Cała ta operacja z pozoru łatwa do wyjaśnienia jest trudna do wykonania. Przeciwnik za to z łatwością i praktycznie w każdej sekundzie może wykonać na nas jakiś efektowny cios. Trzeba bardzo dobrze zapoznać sie z grą by być równie sprytnym jak rywal. Znając życie to dzieciaki mają w ofensywie przygotowany jedynie cios ręki i nogi. Komu chce się droczyć z poznaniem słabego punktu – ważne żebyś wygrał! Tak niestety myślą małe dzieci. Im raczej nie polecam tej gierki, bowiem jest ona bardzo trudna do przejścia. Osoba, która gra na tak zwaną „pałę” nie ma szans by spotkać się z ostatnim przeciwnikiem: Scorpem. Gdy jednak jakoś do niego dojdziemy i go pobijemy w walce to… zaczynamy grę od nowa, tyle że z zachowanymi punktami. Gra się kończy jedynie wtedy, kiedy przegrasz i dopuścisz do tego by policzono do 10.


Saturday Night Slam Masters – screeny (kliknij, by powiększyć)

   Grafika jest typowa dla Capcom – kolorowa, jaskrawa i prezentuje się ładnie. Jednak to nie jest szczyt możliwości producenta. Nie ma żadnych efektownych i ciekawych filtrów nałożonych na szatę. Dziwi mnie to. Gra powstała w 1993 i powinna szokować perfekcyjną, animowaną grafą. Tutaj autorzy się nie postarali. Nie włożyli w grafikę dużo czasy i pieniędzy – a szkoda.

   Muzyka pod względem jakości dźwięku jest na zwykłym poziomie – nic ciekawego. Ścieżki również nie są aż tak wspaniałe. Mamy tutaj lekki motyw rocka i innych różnorodnych gatunków muzycznych co pasują do gierki, lecz są też i takie melodyjki co W OGÓLE nie łączą się z treścią gry.


Saturday Night Slam Masters – screeny (kliknij, by powiększyć)

   Gra jest raczej cienka, można owszem przy niej sobie posiedzić raz na jakiś czas, lecz nie za często, bo bardzo szybko się nudzi. Kolejnym mankamentem jest brak opcji wybierania trudności. Ten wrestling jest do tego naprawde trudny, co powoduje już niechęć u ludzi grających na oślep. Nie pomaga również grafika w umilaniu spędzanego czasu przed grą. Te wszystkie czynniki dają jedno stwierdzenie: producent chciał na niej zarobić małym kosztem. W rezultacie mamy nieciekawy okaz bijatyki. Z drugiej strony należy pochwalić Capcom, że w ogóle wypuściła jakiś wrestling na automaty.
 

TYTUŁ GRY:
  Saturday Night Slam Masters (USA), Muscle Bomber: The Body Explosion (Japonia)

PRODUCENT:
  Capcom

WYDAWCA:
  Capcom

GATUNEK:
  Bijatyka

DATA PREMIERY:
  Arcade
– 1993 (Japonia, USA)

Data dodania: 3 maja 2006Autor: Vanderlajsky


Copyright by EmuSite Team; 2006-2020
Design by Patryk M. (patro)

All rights reserved.

statystyka