Prince of Persia: The Forgotten Sands

   Już na wstępie kolejnego odcinka pod tytułem „Co najbardziej was irytuje w grach” chce powiedzieć, że opisywany tytuł to kicha. Odziedziczył to po wcześniejszej odsłonie. Świadczy o tym to, że nie jestem w stanie ukończyć tej gry. Już parę razy podchodziłem do niej, alkohol też nie pomógł. Gdy czekam na jakiś tytuł, to tak jak morderca czeka na swoją ofiarę. W ręku trzymam topór, a w głowie mam tylko jedną myśl – co mnie czeka. Gra się zaczęła, a ja wyciskam wszystkie soki, póki nic nie zostanie. Tutaj zostało i to dużo. Kupa zielonej, śmierdzącej, obleśnej papki. Nie wypada nie robić w tych czasach gry, gdy w kinach pojawia się filmowa ekranizacja. Ludzie to kupią. Jak zawsze. Tylko nad grą mogli by popracować trochę dłużej, bo miejscami robi się niedobrze i niesmacznie.

   Tytułowy książę to pedał-akrobata w najlepszym tego słowa znaczeniu. W sumie lepszy z niego pedał niż akrobata. Ta bródka smyrała nie jedne jaja. Pierwszym minusem jest fabuła. Kto to napisał? Nie ma pięknych kobiet oraz wspaniałych walk, ktoś wrzucił tutaj brudną ścierę i kazał nam czerpać z niej przyjemność. Na dodatek przed chwilą tą samą szmatą podtarł dupę, wyczyścił kibel i jej nie wycisnął. Fabułę da się opisać w kilku zdaniach lub wyczytać z tej samej szmaty. Książę przybywa do miasta w którym jego brat jest królem. Przybywa w odpowiednim momencie po trwa oblężenie murów. (Cholera a ja myślałem, że mam pecha.) Próbujemy odnaleźć go. Gdy go znajdziemy wypuszczamy przeklęty piasek. Wszyscy zamieniają się w posągi. Oczywiście nie my. Pojawia się jakiś zły kozak, nasz brat go zabija i zamienia się z nim miejscami. Pokonanie go jest nie możliwe, więc zakładamy sojusz z dżinem o potrójnym D. Cycata każe nam szukać miecza Króla Salomona. Czy to nie brzmi pedalsko? Gdy go już mamy znów szukamy brata, ale w tym przypadku nie będzie to trudne. Jest wielki niczym King Kong, ale i tak go zabijamy. Piasek wraz z klątwą znika. A książę musi wracać do ojca, by przekazać mu złą wiadomość. Bajka.

   Gra jest tak długa jak te kilka zdań. Dwa wieczory i po sprawie. Całkiem możliwe, że i tak krótki czas gry, został jeszcze bardziej zmniejszony przez moje skromne umiejętności i długie godziny spędzone przed wcześniejszymi tytułami. Szczególnie przed całą trylogią. Nie zmienia to faktu, że gra jest prosta. Nie licząc kilku miejsc nad którymi trzeba posiedzieć, to wszystko przeskakujemy w biegu. Zagadki można wymienić na palcach jednej ręki.

   Przeciwnicy to jakiś żart. Jeszcze gdy posiadasz miecz podrasowanym dżinem. Nie ma mocnych. Jedno dwa ciachnięcia i po potworkach z piasku. Rodzajów ich jest kilka i znów pojawia się ręka i zaczyna wymieniać. Dobra na jednej ręce zagadki, na drugiej przeciwnicy. Teraz lewa noga będzie odpowiedzialna za bossów. I zostaje nam jeszcze miejsce na umiejętności, które są tutaj prawie nie potrzebne i wystarczy nam sam miecz i mocny kop. Lepiej podrasować sobie życie oraz atak bohatera niż wkładać punkty w umiejętności, których i tak nie użyjesz, bo zabraknie kropek mocy, które pozwalają odpalić zaklęcie. W sumie bossowie to tak naprawdę jeden model, który nie jest zbyt wielkim wyzwaniem. A i jeszcze ostatnia walka, która tak naprawdę nie jest zbyt wymagająca umysłowo oraz umiejętnościowo.

   Muszę dodać jeszcze, że walka z bossem i później walka z tym samym bossem tylko troszkę inaczej wyglądającym i posiadającym jedną umiejętność więcej, podczas, której musimy schować się za ścianą, to tak naprawdę ta sama walka. Może dla twórców, to nie to samo, ale dla gracza to jedno gówno, tylko w innym opakowaniu. Nie ma tutaj zabawy z czasem, za którym tęsknię i który uwielbiałem. Zastąpili to innymi tandetnymi rzeczami. Takimi jak możliwość cofnięcia się oraz zatrzymania wody. Tutaj ważne rolę ogrywa H2O. Po zatrzymaniu ma własności skały i możesz się jej trzymać i po niej wychodzić. Nie zostawia plam na stroju i ładnie spływa. Czy może być coś gorsze od wody? Oczywiście. Nawet nie wiem jak to nazwać. Ta umiejętność to zabawa w Boba Budowniczego. Bo kiedy pewna część magicznego królestwa się rozsypała z biegiem czasu, jego duchowa forma pozostała nie tknięta. Możemy ją przywołać i zmaterializować, co pozwoli nam dotrzeć do niezdobytych przez ludzi obszarów katakumb. Tandeta. Połącz to z wodą i dodaj ptaki wyciągnięte żywcem z God of War i mamy taką papkę, ze nie da się tego przełknąć. W pewnym momencie kończą ci się palce i pad ci wypada z rąk. Gubisz się w tym całym przyciskaniu. A twoja frustracja ciągle rośnie, aż do kolejnej niepotrzebnej śmierci i wyłączenia konsoli.

   Gra posiada błędy w kodzie. Cholera czasami niektóre momenty przechodziłem w magiczny sposób. Dziękuję za bugi. Jest tutaj ich cała masa. Jeden mnie rozbroił gdy sekwencja kolejnego filmiku mi się nie pojawiła i wypadłem z gry. Dosłownie poza mury i zobaczyłem wszystko z innej perspektywy. Cofnięcie czasu i to samo. Podłoga tam była, a ja ją przenikałem i spadałem w nicość. I znów cofnięcie czasu i to samo. Aż mi się magiczne kropki skończyły. I trzeba było zacząć wszystko od nowa. Na moje szczęście w tym samym momencie pojawił się filmik i można było iść dalej. Hurra. Dodam, że gra może się zawiesić w najmniej oczekiwanym momencie. Mi np. pod nogą bossa. Fajny widok.

   Oceną będzie okrutna pięć gównianych krowich placków na pięć możliwych. Czyli śmierdzący obiad dla całej rodziny. Nie polecam tego tytułu. Lepiej zagrać w trylogię. Nie ma jak Dahaka i jego pościgi. Moja rada dla twórców tej gry, by zatrzymali sobie ścianę wody, nabrali solidnego rozpędu i spróbowali się przebić. To by im dało może do myślenia. Cholera gdzieś tu miałem Warrior Within.

Data dodania: 7 sierpnia 2010Autor: hongi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Copyright by EmuSite Team; 2006-2017
Design by Patryk M. (patro)

All rights reserved.

statystyka